Biegi w Szczawnicy- Wielka Prehyba 22.04.2017.

     
Biegi w Szczawnicy -Wielka Prehyba 22.04.2017
 

        Jest środa w nocy, a ja mam w głowie ciągle sobotni bieg. W głowie i w sercu, bo to było tak niezwykłe wydarzenie, że nie sposób o nim szybko zapomnieć.
       Zapisy na Biegi w Szczawnicy odbyły się 29 listopada drogą internetową, a pakiety rozeszły się w ciągu 3 godzin. Wraz z Izą zapisałyśmy się wówczas na Chyżą Durbaszkę bieg na dystansie 20 km, ale ponieważ nie przeczytałyśmy regulaminu, wypadłyśmy z listy bo nie opłaciłyśmy biegu w ciągu 7 dni od zapisu.
Potem już nie myślałam o Szczawnicy do czasu gdy Aldona, po Zimowym Maratonie Bieszczadzkim, wspomniała, że jedzie na Wielką Prehybę i, że wraz z ekipą z Bieszczad moglibyśmy poszukać pakietów na Giełdzie Biegowej. Jakoś w drugiej połowie marca okazało się, że Ewa, koleżanka Agaty chce odsprzedać pakiet. Gdy już przepisała na mnie swoje miejsce, zapisałam się na ostatnie wolne miejsce na nocleg na sali gimnastycznej w szkole w Szczawnicy, ponieważ Aldona również tam spała. Tak więc miałyśmy już nocleg, zaczęłyśmy myśleć o transporcie. Gdy dałyśmy ogłoszenie, że szukamy kogoś do wspólnego wyjazdu, znajomy Aldony dał jej znać, że jego przyjaciele mają dwa miejsce w samochodzie.Byli to przemili ludzie, jak się od razu okazało należący do pewnej grupy noszącej charakterystyczne bluzy w kolorze madżenty, z napisem "KREW, POT I ŁZY". Renata i Marcin załatwili nam również kwaterę, ponieważ dwie osoby z ich grupy nie przyjechały. Mogłyśmy więc spać w o wiele bardziej komfortowych warunkach niż na karimatach i w śpiworach wśród 150 osób.
    Do Szczawnicy dojechałyśmy w piątek o 17. Po drodze dowiedziałyśmy się, że na trasie jest masa śniegu, że najdłuższy bieg Niepokornego Mnicha liczącego 96 km, skrócono o 30 km, odcinając  w ten sposób część słowacką, właśnie ze względu na ciężkie warunki.
   Start naszego biegu był o godz 9:00. Gdy pojawiłyśmy się tam około 8:30 panowała niezwykła atmosfera. Leciała muzyka, która również siedzi nam teraz w głowie. Niesamowite jest to jak kolorowy może być tłum 600 biegaczy. Przed samym startem usłyszeliśmy, że dwaj czołowi biegacze długiego dystansu czyli Marcin Świerc i Bartek Gorczyca właśnie kończą swój bieg i zaraz będą na mecie.
  Ruszyliśmy. Trochę kropił deszcz. Chwilę biegliśmy promenadą nad Grajcarkiem, potem uliczkami obok pijalni wód i części uzdrowiskowej aż w końcu wbiegliśmy na żółty szlak prowadzący w stronę Dzwonkówki.


   Na dole w miasteczku nie było śniegu, tu od razu przenieśliśmy się w strefę zimy. Niesamowite było to, ile nagle śniegu zaczęło nas nas otaczać.
    Mimo wszystko biegło się świetnie. W takich biegach, ogólnie w biegach górskich pomagają kije, zarówno przy podejściach jak i zbiegach.
Pierwszy punkt żywieniowy znajdował się na Hali Przechybie na około 13,5 km. Zanim dotarłyśmy do tego punktu przeżyłyśmy całe zimowe  spektrum pogodowe. Był grad i śnieg, mgła sprawiająca , że na odległość 30 m już nie widziało się człowieka biegnącego przed Tobą.
 
W międzyczasie poznałyśmy świetnych ludzi, z którymi biegłyśmy już do końca biegu. Świat jest bardzo malutki, ponieważ okazało się, że Jola i Sławek  są z Tarchomina, z drużyny "Biegam na Tarchominie" i mieli jechać samochodem z Ewą, od której odkupiłam pakiet na bieg. I tak biegliśmy kolejne kilometry na zmianę mijając się i rozmawiając.


   Drugi punkt żywieniowy znajdował się w Bacówce na Obidzy na około 23,5 km i na ten punkt najbardziej liczyłam, Aldona zresztą też bo miały być pieczone ziemniaki. Niestety gdy dobiegłyśmy już się skończyły, znów jadłam banany i pomarańcze. Aldona mogła zjeść kanapkę z serem. Z punktu wybiegliśmy we czworo.
   Teraz biegliśmy już cały czas razem. Czas mijał nam niepostrzeżenie. Zima powoli przemieniała się w jesień, na trasie pojawiło się okropne błoto, przypominające to z Łemkowyny. Błoto właściwie pojawiło się już przed drugim punktem odżywczym. W każdym razie to również miało swoje kolory od żółtego, przez różne odcienie brązu, czekolady, czerni i szarości. Było śliskie, gęste, wydawało różne odgłosy, takie "ciumkające", również miało się wrażenie, że wciąga buty.

  Potem przeczytałam , że Łemkowyna napisała na swoim profilu, że ma godnego konkurenta w dziedzinie błota, ponieważ w Szczawnicy nie dość, że pojawiły się wszystkie rodzaje, to również nowe zmieszane ze śniegiem.
  Byłam już strasznie głodna, ale na szczęście Aldona uratowała mi życie batonem zbożowym. Miałyśmy też gorzką czekoladę. 
   Trzeci punkt żywieniowy był w schronisku pod Durbaszką. Niestety tam zostało już tylko trochę bananów i cukierków, jak również herbata.
  I wtedy już zrobiło się bardzo wiosennie, mimo to, biegnąc przez halę straszliwie zmarzłyśmy, ponieważ wiał bardzo zimny wiatr. Błoto również było cały czas obecne.
Właściwie prawie od samego początku buty stopniowo nasiąkały mokrym śniegiem, błotem, błotem zmieszanym z śniegiem.


     I tak biegliśmy sobie dalej  w tym błocie, aż dotarliśmy do czterech szczytów zwanych Szafranówka. Były to dosyć ostre podejścia, trochę męczące już na tym etapie biegu. Wyłożone kamienistymi stopniami prezentowały się przepięknie. Ostatni zbieg, a raczej zejście  był jednak tak stromy, że GOPR zainstalował liny, aby ułatwić zejście. Cudne przeżycie. Wystarczyło dobrze ustawić stopy i przy pomocy liny zejść na dół. Aldona jednak ma lęk wysokości i przerosła ją ta sytuacja. Na szczęście Sławek wszedł ponownie i pomógł jej zejść.

   Kije też bardzo pomagały przy zejściu. To naprawdę nieoceniona rzecz w czasie takiego biegu.
Po tym zejściu już w sumie chwile, no może trochę dłuższe  dzieliły nas od mety.
   Na metę wbiegliśmy po około 9,5 godzinach biegu.
Byliśmy tak niesamowicie szczęśliwi. Było po prostu cudownie.


   Potem poszliśmy zjeść posiłek, który nam dano na mecie. Dla mnie wymieszali po prostu makaron z warzywami, nie dodając sosu.
   I to już koniec tej przygody zwanej Wielką Prehybą. Podczas biegu przeżyłyśmy śnieg, grad, wiatr, słońce, poznałyśmy świetnych ludzi. Na biegach górskich cudowne jest to, przynajmniej w naszym przypadku, że nie trzeba się spieszyć, można zrobić zdjęcie, zachwycić się przyrodą. Na punkt odżywczy nie wpadasz tak jak na biegu ulicznym, na szybko pijąc wodę, rzucając kubek gdzie popadnie i biegnąc dalej. Nieocenieni są wolo, którzy bardzo pomagają. Na biegu ulicznym na pewno nie prowadziłabym rozmowy na temat nazewnictwa wegańskich potraw tak jak mięsnych jak np. smalec z fasoli. W górach tak się da.
  Na pewno tu wrócę za rok. Kusi bardzo długi dystans zwany Niepokornym Mnichem.
Za rok będę mocniejsza, silniejsza, bardziej doświadczona w długich biegach górskich, może się uda.
Sama Szczawnica jest cudnym, uroczym miasteczkiem, które raz w roku zmienia się, ponieważ w pewien kwietniowy weekend zjawia się tu cała chmara zwariowanych ludzi w kolorowych ubraniach, którzy chcą bardzo pobiegać po górach. Nieważne jakie są warunki, ważne , że to ten właśnie czas.
Zakochałam się w Biegach w Szczawnicy. 


A tu link do naszej piosenki ze startu:
https://www.youtube.com/watch?v=StoditGcXtU&feature=share

























Komentarze

Popularne posty z tego bloga

13. PZU Półmaraton Warszawski - film z 5 km

Wielkie sprzątanie lasu

Biografia biegacza