Maraton - Przebić "tą ścianę". Razem...


Orlen Warsaw Marathon -  duża impreza masowa w stolicy, ok. 8 tysięcy maratończyków, fajerwerki, muzyka, emocje...słowem wielki bieg za nami.
Teraz pozostaje otrzepać się z kurzu ulicznego i chwilkę zastanowić się jak było, spisać emocje po, które krążą w głowie i nie dają spokoju.
Chciałam tu jednak  napisać  o tym  co dla mnie z tego maratonu pozostało najważniejsze, czyli o tym co działo się w trakcie ostatnich 12 kilometrów i jak ważne jest wsparcie drugiego człowieka. Tutaj znane powiedzenie sprawdziło się na 110%.
Od początku. Były plany, założenia tempa, wolniej niż półmaraton żeby się "nie spalić", wszystko szło dobrze...

Czytałam wcześniej o tej słynnej "ścianie". Co to jest? Kiedy to się objawia? Podobno nagle i podobno najczęściej koło 30 kilometra... ściana, która jak pisali nie pozwala dalej biec...i jak  już z nią się spotkasz to koniec, nie przebijesz jej...pisali.
Końcówka 29 kilometra, wybiegamy z Gąska przy hotelu Mrówka na kilkukilometrowy pas rowerowy w stronę Wilanowa.
Tam zawsze wieje. Jednak tego dnia wiało wyjątkowo mocno i to w twarz. Za chwilę spadł grad. Ktoś z prawej powiedział tylko: "zima wróciła", a ktoś z tyłu: "zabierzcie ten wiatr". Nie dało się go zabrać, trzeba było z nim walczyć. Nagle poczułam, że chmura biegnących osób oddala się do innego świata, a moja świadomość do innego. Przestraszyłam się, zatrzymałam się na chwilkę. Pojawiła się bardzo realna myśl: nie ukończę go, tyle kilometrów, tyle nerwów... a ja po protu tu zemdleję i już.
Za mną biegł Marcin, zdążyłam szepnąć mu, że poczułam coś dziwnego. Zaproponował, żebym przeszła na chwilę do marszu, uspokoiła myśli, głowę, oddech, napiła się wody...słyszałam go, ale jakby był w tunelu... Pomyślałam wtedy, że to może być właśnie ta ŚCIANA, wybił akurat 30 kilometr...
Marcin nie odstępował mnie na krok. Biegliśmy obok siebie,  jak w transie, a  ja z myślami, że może w każdej chwili mój bieg się zakończyć. Biegliśmy wolniej, spokojniej, rytmiczniej, w milczeniu. Ja cały czas w tym moim innym świecie, jakby nieobecna na tym biegu, ale biegłam dalej. Marcin ani przez chwilę nie dał  mi do zrozumienia, że on to będzie robił sobie ten maraton  a mnie i tak w razie czego karetka zabierze... Nie robił po swojemu, biegł dalej. Być może też walczył,  z czymś innym niż ja...
Do mety 7km. Wydawać by się mogło...tylko 7km..7km myśli, że biegnie ze mną ściana... I te myśli były tak dołujące, że wyjęłam telefon, żeby zwyczajnie zadzwonić...kilka słów Oliwii podniosło mnie na duchu... no przecież kto jak nie Ty!!!..dasz radę...spokojnie...
Spokojnie, spokojnie...tak biegliśmy spokojnie nadal z tą ścianą a jedna myśl o niej i znowu przenosiłam się bardziej do tego obcego świata. Ale biegłam dalej. Przynajmniej nogi bez problemu pozwalały.
Pojawił się drugi Marcin. Wypatrzył nas w tym tłumie. Dobiegł zadowolony, zaraził pozytywną energią. Zrobił właśnie swój maraton, ale co tam, mógł jeszcze z nami pobiec te 11km więcej...żeby dodać otuchy, żeby potowarzyszyć, żeby porozmawiać o czymkolwiek...
Na 37 kilometrze dołączył do nas Paweł z coca colą i czekoladą. Poczułam się jak księżniczka w asyście :)  Prosiłam tylko o to by rozmawiali, rozmawiali...nie słyszałam ich jednak.
40 kilometr. Wbiegamy z powrotem na Most Świętokrzyski..Marcin (już Maratończyk) krzyczy: jeszcze tylko 2km przez most i mamy to!!! I nagle jak ta bańka, pękło coś. Świat biegaczy wrócił na swoje miejsce. Zaczęłam obserwować ludzi kibicujących obok, zaczęłam ich słyszeć...zaczęłam widzieć ulice i wreszcie zobaczyłam "koszyk"...tak ten koszyk...I nagle pomyślałam: w nosie mam tą ścianę, ja lecę kończyć ten maraton!!! i polecieliśmy. Na mecie złapałam Marcina za rączkę jak przedszkolak..drugi też się dołączył.Ten gest pozostanie w mych myślach do końca życia.


Nie przebiłabym jej chyba bez tych kilku zwykłych ludzkich gestów, które okazały się najważniejsze...ważniejsze niż kilkuminutowy gorszy czas niż sobie zaplanowałam... Ukończyłam ten maraton ze wspaniałymi ludźmi. Odkładam go do szuflady, ale nie odkładam moich myśli o nich.
Dziękuję...



Komentarze

  1. Dzielna byłaś Iza! A Marciny to chłopaki ze stali!

    to pisałem ja, Jarząbek z 37 kilometra ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nieco parafrazując klasyka: "Trzy słowa od ojca prowadzącego"; czyli pozwolę sobie na dłuższy komentarz.

    Słowo nr 1: przede wszystkim wielkie gratulacje za maratoński debiut. Serio. Wiem, że wpierw miałaś ZMB, ale w moim osobistym mniemaniu (bo to mój komentarz, a co :) ) niedzielny Orlen był debiutem na królewskim dystansie i tyle. Gratuluję startu (sam debiutowałem w Orlenie, tyle że wcześniej trochę), gratuluję ukończenia, ale głównie gratuluję zwycięskiej walki z ową "ścianą" (cudzysłów zamierzony); jednakowoż gratuluję i zazdroszczę...

    Słowo nr 2. jednakowoż gratuluję i zazdroszczę wsparcia Przyjaciół. Myślę sobie, że naprawdę jest czego. Stawianie czoła tak potężnym kryzysom mając u boku wsparcie bliskich to rzecz nieoceniona. Pomoc słowem, czynem i czekoladą; bohaterowie eposów od Jazona po Harrego Pottera nic by nie zdziałali bez towarzyszy, prawda? Nawet w walce z mityczną niczym Hydra "ścianą", gdyż...

    Słowo nr 3. ..gdyż potwór ten tak naprawdę nie istnieje. Serio. Zmień lektury, jeżeli te które znasz mówią co innego. "Ściana" to tylko efekt końcowy wielu drobiazgów zaniedbanych po drodze wywołany odrobiną pecha; zbyt mały kilometraż przed maratonem; nieodpowiednia dieta; stres przeszkadzający w zmaganiach na trasie - jest tego cała masa. Wiem, co mówię - mój potwór nie pozwolił skończyć debiutu w wymarzonym czasie dowalając po drodze ponad pół godziny do zaplanowanego. True story. 30 km i zaczynają się lekkie skurcze; potem ból mięśni nie pozwalający ruszyć nawet w trucht; mijają mnie kolejni pacemakerzy, 3:45; 4:40, 4:15 pod koniec. Ogólny wkurw i desperackie smsy pisane do czekających na mecie. D-r-a-m-a-t. Z tym że ja byłem sam.
    Broń na tego potwora czeka w nas samych niczym miecz w kamieniu dla Króla Artura; musimy go tylko wyciągnąć. Z pewnością dasz sobie z tym radę; choć nie wątpię że po drodze czeka Cię wiele "ścianek" podczas trudnych treningów - biegi ciągłe, kilometrówki i cała masa masochistycznych przyjemności :)
    Nagrodą będzie następny maraton przeleciany z uśmiechem bez cienia kryzysów; znam to i polecam szczerze
    I szczerze życzę. Howgh.

    sorki za przydługi komentarz; Tomek J.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Wielkie sprzątanie lasu

Biegam Bo Lubię Hipokryzję

Urlopowe wynurzenia