Cracovia Maraton, czyli Biegaczu, po co biegasz?

Po przebiegnięciu maratonu w Krakowie, który był moim drugim występem na tym dystansie, miałem w planach trochę podelektować się swoim występem i opisać swoje odczucia z tym związane, bo w sumie jest czym się cieszyć: poprawiłem swój wynik o ponad 30 minut, cały czas biegłem, obyło się bez kontuzji, a oprócz tego było tam bardzo fajnie. Na szczęście ominęły mnie ciężkie przeżycia, które dopadły Izę tydzień wcześniej w Warszawie i choć po 35 km biegu już wyraźnie zwolniłem, to szczęśliwie obyło się bez dramatycznej ściany, obyło się bez skurczów, nie brakowało mi wielkiej radości, którą dawała mi obecność w Krakowie, udział w maratonie, czy trasa poprowadzona wśród najbardziej znanych budowli Krakowa.

Mam naturę optymisty, więc zwykle widzę szklankę do połowy wypełnioną, a nie pustą, więc siłą rzeczy raczej z takiego wyjazdu wyciągam to, co sprawiło mi frajdę, a było tego na prawdę sporo zresztą zobaczcie:



No Dobra, ale w oczy, a bardziej w uszy rzuciły mi się utyskiwania współbiegaczy:
1. Że trasa to dwie pętle, a pętle są do kitu
2. Że makaron na pasta party był słaby
3. Że smog w Krakowie
4. Że podbiegi były
5. Że deszcz padał na starcie
6. Że ciasno i ślisko
7. Że koszulki słabe
itd...

Ło rany!!!!!! Nie wiem, po co taki narzekacz tam w ogóle tam pojechał.

Moja wersja jest taka:
1. Dwie pętle są fajne - zwłaszcza, że trasa biegnie po krakowskich mostach, koło Wawelu, przez Stare Miasto, bulwarami nad Wisłą, koło stadionów - malowniczo i krajoznawczo.
2. Pasta party - pierwszy raz byłem na takiej imprezie i raczej wersalu i integracji się nie spodziewałem, ale umówmy się, że koszt pakietu startowego nie zakładał budżetu na poczęstunek na poziomie 100 zł za osobę ;)
3. Smog akurat deszcz uziemił, ale biegacz w masce przeciwsmogowej na 35 km trasy "made my day"
4. Podbiegi były symboliczne, a płasko jest tylko na bieżni ;)
5. Deszcz padał, a właściwie kropił, ale na początku biegu, co dało rześkość powietrza na resztę biegu.
6. Ciasno było, ale na Starym Mieście na brukowanych ulicach jest ciasno i już.
7. Z koszulką to akurat też miałem przygodę polegającą na tym, że wydano mi przez pomyłkę damską, więc pobiegłem w swojej, a damska przypadła w udziale Żonie, która dzielnie zagryzała paznokcie na mecie.

Nie ma co, fajnie tam było ;) i po miłe wspomnienia i przygodę tam pojechałem, warto było... No i przyznam, że pewnie jeszcze tam biegowo wrócę 😉


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wielkie sprzątanie lasu

Biegam Bo Lubię Hipokryzję

Urlopowe wynurzenia