Wings for life World Run 2017

Czasem warto łapać okazje! 


Na treningi biegowe do Wings for life, prowadzone przez fantastycznych biegaczy z Wild for the Run, trafiłam trochę z ciekawości,  trochę z przypadku... Ale byłam na każdym,  a to był warunek, by Puma ufundowała mój pakiet startowy na niesamowity event charytatywny.
Niby wcześniej coś słyszałam o istnieniu Wings for life, jednak nie było to zbyt wiele. Ot, bieg startuje w wielu krajach w tym samym czasie, bez względu na strefę czasową i bierze w nim udział dużo ludzi. Nie wiedziałam natomiast, że jest to jedyny bieg, w którym nie zmierza się do mety, tylko stara jak najdalej od niej uciec... Ani że 100% opłaty za pakiet trafia na konto fundacji Wings for life, prowadzącej badania nad rdzeniem kręgowym. 

Na ostatnie spotkanie treningowe z próbą startu w warunkach porównywalnych do samego startu przyjechałysmy we cztery: Ewa, ja i nasze dwie wspaniałe trenerki personalne - Paulina i Karolina. Po krótkiej przebieżce na rozgrzewkę (pędziłyśmy w obawie przed spóźnieniem), oklaskanej przez wolontariuszy WFL (zapewne także w ramach treningu...  a może rozgrzewki...?) dotarliśmy na umówione spotkanie i jednoczesne miejsce startu biegu. Było wesoło,  swobodnie,  ale...  rześko 😉 Wspólnie truchcikiem przemierzyliśmy pierwszy kilometr trasy i wróciliśmy odebrać pakiety, cyknąć kilka fotek i w miasto 😉

Pogoda barowa zachęciła nas do poszukiwań kulinarnych smaczków na mapie miasta... Wiadomo, nie samymi węglami biegacz żyje. Zadbałyśmy więc, pod okiem naszych kołczów, o prawidłowe nawodnienie 😜 i rogale świętomarcińskie, niech i rodzinka skorzysta! 
Zdążyłyśmy zjeść pyszny obiad w uroczej, orientalnej knajpce, podyskutować przy ciepłych napojach na rynku starego miasta i jeszcze raz zgłodnieć...  
O godzinie znacznie późniejszej niż jaskółki pozwalają sobie jeszcze na jedzenie chciałyśmy wyruszyć na podbój pobliskiego kebaba, na niewątpliwie smakowite falafele z rukolą czyniącą z potrawy - wedle karty - danie fit... Jednak napotkany w recepcji p. Szymon przekierował nas do absolutnie bezkonkurencyjnej restauracji vis a vis...  Co on nam za przysługę uczynił...  miejsca masa, żadnej spinki na zamknięcie lokalu, a potrawy... czego dusza zapragnie - dla małego, dla dużego,  dla mięsnego i weganina. A i bez glutenu też by się coś znalazło. I najgorsze z najgorszych, wszystko pyszne!!! Pojadłyśmy, ponownie się nawodniłysmy i do hotelu spać!
                      

Rankiem śniadanie w przemiłej knajpeczce Le Targ w Starym Browarze, żwawy marsz do tramwaju i finalnie - bieg. 
Na starcie było jakieś 6 tys ludzi, każdy z własnym planem, jak pokonać trasę, unikając możliwie najdłużej samochodu prowadzonego przez Kapitana Wąsa (w tej roli już drugi raz: Adam Małysz).  


Rozgrzewkę prowadziła nasza Paulina 😍

Ciasno było, więc trudno było rozgrzać się w pełni...  Ale zrobiliśmy jeszcze kilka fal jak na trybunach i ruszylismy wielką falą,  przed siebie, wprost na pierwszy podbieg.

 Ramię w ramię, wózek w wózek i w składach łączonych wyruszyliśmy na ulice Poznania. 
Pod czujnym okiem drona, przy dopingu przypadkowych ludzi, zachęcanych niejednokrotnie przez samych biegaczy, i najlepszych kibiców, popędzani samolotem Red Bull,  który lecąc nad nami, wykonywał akrobacje i przy akompaniamencie klaksonów samochodowych,  a także lokalnego pociągu pędzilismy, ile sił w nogach. Po drodze minął mnie członek naszego Puma Team, Maciek "Gleba" Florek. Mijali mnie też inni, gdy około 12 kilometra opadłam nieco z sił i zwolniłam, a nawet chwilami szłam. Każdy mijający starał się wesprzeć słowem otuchy, zachęcić do dalszej walki. Kiedy już odzyskałam nieco pierwotnej werwy, wyrównałam tempo i biegło mi się całkiem nieźle, pojawiła się nagle flaga z oznaczeniem 16 km. Tuż za nią był punkt nawodnienia i niespodzianka - otrzymałam wodę od naszej pięknej mistrzyni na 800m, Joanny Jóźwik. Choć cenne sekundy płynęły nieubłaganie,  nie obyło się bez kilku zdjęć 😉


Ostatecznie, auto - meta dopadło mnie na 19km, po mega szybkiej ucieczce przez ostatnie 200m.
Skąd siły na takim dystansie, by jeszcze na koniec biec niemal sprintem...?  Nie wiem, możliwe, że wpływ miała atmosfera, a może pełna refleksja nad faktem, że mogę i biegnę dla tych, którzy biec nie mogą!

Już w autobusie zwożącym biegaczy ponownie na start po odbiór medalu dowiedziałam się,  że nasza Ewcia po długiej przerwie od biegania ubiegła 12km, biegnąca ze mną Karolina - ponad 18, zaś najlepiej rozgrzana Paulina - 20km. 
Oczywiście biegło wielu znajomych, wielu z nich było w naszej drużynie.  Razem wybiegaliśmy średnio 20,4 km.

Sama impreza jest pod wieloma względami wspaniała - od idei zbierania środków na badania i pomysłu na formułę biegu, poprzez globalny zasięg (impreza odbywa się w 24 krajach, ale do biegu można dołączyć także poprzez aplikację na telefon, z dowolnego zakątka na Ziemi), po pakiet z piękną koszulką techniczną i jeszcze ładniejszym medalem.
Wspaniała organizacja miała tylko jeden mankament, zapewne nie odczuwalny przy typowo majowej pogodzie - depozyt. Gdy jest zimno, a człowiek cały mokry po biegu, chciałoby się jak najszybciej przebrać w suche, ciepłe ubranie. W dodatku bilet na pociąg powrotny dawno kupiony, a godzina odjazdu zbliżała się nieubłaganie. Całe szczęście, wolontariusze i znajomi dwoili się i troili, i udało się! Pociąg odjechał z Poznania z nami, na styk, ale zdążyłyśmy. 
Wings for life szykuj się, jestem głodna tych niewybieganych w 4 edycji kilometrów, za rok wrócę po więcej!


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Wielkie sprzątanie lasu

Biografia biegacza

Urlopowe wynurzenia