Jak zostałem biegaczem górskim

No dobra, jeszcze nie zostałem tym górskim biegaczem, zresztą jak to napisała mi koleżanka, doświadczona górska biegaczka Izery to nie góry, więc się nie liczy, ale po kolei...

Jakiś rok temu będąc w Jeleniej Górze spotkałem się z Wojtkiem, kolegą jeszcze z liceum, z którym wybraliśmy się na niedzielne wybieganie, zrobiliśmy wspólnie jakieś 16 km i w czasie tego biegu Wojtek zaraził mnie myślą o wzięciu udziału w Wielkiej Pętli Izerskiej - półmaratonie ze startem i metą w Szklarskiej Porębie i trasą poprowadzoną przez Góry Izerskie. Akurat byłem po debiucie w półmaratonie i zamarzyło mi się, by zmierzyć się też z bieganiem w górach. Temat ucichł do jesieni, choć kilka razy podejmowałem temat wśród współbiegaczy z Piaseczno Running, ale bez skutku, wiadomo, Izery to nie ta ranga, co inne kultowe biegi górskie 😉

W okolicach listopada zastanawiałem się w jaki sposób zaplanować sobie udział w zawodach biegowych, by zapewnić sobie kompromis z drugą połową i bez szkody dla domowych relacji wystartować w interesujących mnie biegach (nota bene rezerwuję ten temat na oddzielny post, bo może być hitem czytelniczym 😂).

Koniec końców, napaliłem się na Wielką Pętlę Izerską i już, czyhałem na zapisy, a nocą kiedy zapisy zostały otwarte zapisałem się jako piąta osoba w kolejności. Liczyłem co prawda na numer jeden, ale nawet gdybym zdążył, to okazało się, że pierwsze 40 numerów było zarezerwowane dla organizatora, więc ostatecznie na starcie dostałem plakietkę z numerem 45 😊

W ramach przygotowań do tego biegu nie zrobiłem właściwie nic, poza zakupem butów trailowych, pech chciał, że od mniej więcej 2 miesięcy pobolewa mnie kolano, więc biegowo się oszczędzam, chadzam na zabiegi, smaruję, rozciągam się itd. Siły biegowej nie robiłem.... a przydałaby się 😉

Na starcie blisko 800 osób, pakiet startowy mniej więcej standardowy, koszulka, kubek, bransoletka silikonowa, żel, izotonik i torba z logo Garmina. Pierwsza refleksja - imprezę muszą robić pasjonaci, bo tak beznadziejnie zaprojektowanej koszulki i kubka już dawno nie widziałem, jednym słowem grafik płakał jak projektował:

No dobra, wystartowałem, pierwszy kilometr 6 min z kawałkiem na km, a potem ostro w górę i tak przez następne 13 km (ok, był jeden dłuższy zbieg, ale właściwie przez 14 km było pod górę).


Ta wspinaczka dawała mi w kość, choć pogoda była łaskawa, miał być upał i ciepło było, ale słońce miłościwie na około 1,5 godziny schowało się za chmury i siedziało tam póki nie dobiegłem do najwyższego punktu na trasie. W czasie zbiegania, było mi już wszystko jedno.

Wróćmy do tego długiego podbiegu - moje ultrakoleżanki zawsze mówiły mi, że podbiegi właściwie się wchodzi, ale patrząc na profil trasy zachodziłem w głowę, jak to będzie podchodzić te 14 km????

Oczywiście nie obyło się bez podchodzenia, ale sporo też wbiegałem, choć średnie tempo na poziomie bliskim 8 min/km bardziej przypominała spacer niż bieg. Nie ukrywam, że było ciężko, uczciwie korzystałem z punktów nawadniania i opróżniłem swoje kieszenie z moich prywatnych wspomagaczy. Całe szczęście, że nawierzchnia była też łaskawa dla nizinnego biegacza jak ja, sporo było asfaltu, a wydaje się, że najwięcej ubitej ziemi i żwiru. Najtrudniejszy dla mnie odcinek to ostatnie 7 km zbiegania - okazuje się, że zbiegi to duża umiejętność, której jeszcze nie mam. Brak tej umiejętności pokazał, że w życiu biegacza można też odkryć nowe mięśnie, których istnienia się nie podejrzewało, mało tego, w tych mięśniach robią się zakwasy, a na kilometr przed metą mięśnie te wpadają w stan przedskurczowego migotania, przez co na kilkanaście sekund musiałem przejść do marszu, co spowodowało reakcję wracających z mety współbiegaczy obwieszonych medalami: "Janusz, no co Ty, stajesz przed metą, dzida i do przodu!!!"

No dobra, a co się działo w międzyczasie? Izerskie lasy, kwiaty, widoki na Karkonosze i wszechobecne jagody - w kilku momentach byłem bliski przerwania biegu i rzucenia się w krzaki, by objeść się jagodami. No i zapach świerkowego lasu - mega!!! Poza tym jako wartość dodaną chcę wskazać organizację, dużo wody na trasie, meta na stadionie i taki jeden drobiazg - brak disco polo w głośnikach na starcie i mecie.... uffffff jak dobrze ;)

No cóż, przebiegłem i na bank tam jeszcze pojadę, wydaje się, że to dobry bieg jak na moje aktualne umiejętności i ambicje biegowe, w dodatku w jednym z ulubionych miejsc (wiadomo, że z wiekiem ma się coraz więcej sentymentu do miejsca, z którego się pochodzi). Mam nadzieję, że jeszcze kogoś ze współbiegaczy namówię do tego grzechu, bo jeszcze jedno, co odkryłem, a może właściwie w czym się ostatecznie utwierdziłem, to że dla mnie bieganie nawet w zawodach to sport towarzyski i najwięcej frajdy sprawia, kiedy biegnę wśród przyjaciół.

... Aha, popatrzcie sobie jeszcze trochę, może ktoś się skusi za rok:













PS Zapomniałbym o wyniku 2h 34 minuty - jak na debiut nie jest źle, w każdym razie ja jestem zadowolony ;)

Komentarze

  1. Ekstra :) Za rok pisze się na 90%. Ale już miałeś nie śmiać się 🙈🙉🙊 :P
    Zostaw to disco polo :D

    OdpowiedzUsuń
  2. "Grafik płakał, jak projektował" made my day a brak Disco Polo ostatecznie przekonał mnie, żeby tam się wybrać.

    OdpowiedzUsuń
  3. Można złapać chętkę po sposobie w jaki to opisaleś 😀 i ten brak disco polo , faktycznie i do mnie przemawia 👍

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

13. PZU Półmaraton Warszawski - film z 5 km

Wielkie sprzątanie lasu

Biografia biegacza